Bloog Wirtualna Polska
Są 1 264 362 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

SINFONIA LUBLINIANA

niedziela, 10 lutego 2013 0:08

SINFONIA LUBLINIANA

 

W piątkowy wieczór, w Sali koncertowej Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina (UMFC), warszawscy melomani mieli okazję posłuchać Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Lubelskiej w koncercie symfonicznym w hołdzie Janowi Adamowi Maklakiewiczowi.  Nieczęsto odwiedzamy ten przybytek, ale teraz się to zmieni. 

 

Nieczęsto również słuchamy kompozycji mistrza Maklakiewicza i to raczej się nie zmieni. Nie z naszej winy. Ów polski, wybitny XX-wieczny kompozytor rzadko jest grany na polskich estradach. A szkoda.

 

Ten brak postanowiła nadrobić Filharmonia Lubelska, wsparta chyba najtęższymi filarami UMFC. Zacznijmy od Dziekana Wydziału Dyrygentury Chóralnej etc. (strasznie długi tytuł - proszę wybaczyć), Maestro Sławka A. Wróblewskiego, który udowodnił, że do dyrygowania można używać nie tylko batuty, ale całego ciała. („wyginam śmiało ciało, wyginam śmiało ciało”). Maestro poprowadził orkiestrę koncertowo. Drugi filar, to pan Rektor ds. artystycznych, Klaudiusz Baran. Z kolei Jego Magnificencja zadał kłam twierdzeniom, że akordeon jest instrumentem małosymfonicznym. Niemniej do tej pory pozostaję w osłupieniu, że można tak grać na akordeonie i nie powiązać sobie palców w węzełki i kokardki.

 

Niewątpliwie najładniejszym filarem była solistka Warszawskiej Opery Kameralnej, Małgorzata Rodek, która cudnym głosem wyśpiewała wszystkie ćwierćtony czterech pieśni japońskich, skomponowanych przez Polaka.

 

Pozostały jeszcze cztery mniejsze filarki, czterech rogaczy (pardon) – waltornistów, z Mazo Horn Quartet, z których każdy jest czołowym (od "najlepszy" a nie od rogatego czoła) członkiem czołowych (sic) polskich orkiestr.

 

Wróćmy jednak do głównej bohaterki wieczoru – Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Lubelskiej. Pod wodzą maestro Wróblewskiego podjęła się trudnej wykonawczo sztuki zinterpretowania dwóch dzieł Jana A. Maklakiewicza – Uwertury „Praskiej” i poematu symfonicznego „Ostatnie werble”.

 

Uwertura „Praska” powstała w okresie II wojny światowej, pod wpływem przeżyć kompozytora. Maklakiewicz chciał pokazać w nim atmosferę buntu przeciw przemocy ale i „wiary w wyzwoleńczą potęgę ducha ludzkiego”. Symfonicy lubelscy świetnie wykonali to zadanie, z pasją i wyczuciem. W niektórych momentach ciarki po plecach chodziły. Brawo!

 

Poemat symfoniczny „Ostatnie werble” to spontaniczny hołd, złożony tuż po śmierci uwielbianego przez Maklakiewicza Marszałka. Kompozytor wplótł w poemat fragmenty wielu pieśni wojskowych od „Bogurodzicy”, przez „Pierwszą brygadę” do „Hejnału Wojska Polskiego”. Po przeczytaniu recenzji o tym utworze i wysłuchaniu samego utworu, trudno się nie zgodzić, że „jest to wiązanka melodii w ciężkim sosie frazeologicznego patosu”. Orkiestra i dyrygent robili, co mogli, ale i tak efekt był mierny. Bo nie mógł być inny. Poza tym perkusista, grający owe tytułowe werble poczuł, że jest to "jego pięć minut” i z powodzeniem zagłuszał resztę instrumentów.

 

Szczęściem jeszcze przed przerwą zabrzmiał przepiękny głos pani Małgorzaty Rodek. Pani Małgorzata nawet kiedy mówi, to śpiewa. Słodko zabrzmiały w uszach cztery pieśni japońskie na sopran i orkiestrę.

 

Za to po przerwie estradę zaszczycił sam Jego Magnificencja Rektor, Klaudiusz Baran. No i poczułem się jak słuchacz w najlepszych salach koncertowych od St. Petersburga i Moskwy po Saragossę i Buenos Aires. Koncert akordeonowy Jean-Rene Francaix, Pan Rektor zagrał koncertowo. I orkiestra, w nieco okrojonym składzie nie ustępowała poziomem wykonawczym. To naprawdę była uczta dla ucha. Pan Rektor musiał bisować.

 

Nie ukrywam, że nad muzykę XX-wieczną przedkładam zdecydowanie wcześniejszą, nawet tę XIX-wieczną. Dlatego z wielką ciekawością czekałem na ostatni utwór wieczoru, „Konzertstueck na cztery rogi i orkiestrę”, Roberta Schumanna.

 

O swoich wrażeniach mogę napisać tylko jedno: „Szanowny Panie Schumann, o swoim „Konzertstueck” napisał pan, że jest to jeden z Pańskich najlepszych utworów. Zgadzam się. Ale niech Pan żałuje, Mistrzu, że nie słyszał Pan jego wykonania w piątek. Ten Pański „Konzertstueck” to był „Meisterstueck”. A może Pan słyszał?” Wielkie brawa na stojąco dla Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Lubelskiej i Czterech Waltornistów. I dla pozostałych „Filarów” również.

 

A dla warszawskich melomanów mam radę – zaglądajcie Państwo częściej na Okólnik 2. Jest po co.

 


Podziel się
oceń
0
2

komentarze (33) | dodaj komentarz

HAMLET W LEŚNEJ GÓRZE

środa, 30 stycznia 2013 11:55

HAMLET W LEŚNEJ GÓRZE

 

W ramach wolnego czasu i dla rozrywki, lekarze i pacjenci pięknego szpitala w Leśnej Górze, wspierając się biskupem sandomierskim i znanym kucharzem, postanowili wystawić słynną tragedię Williama Shakespeare’a, Hamlet. Ponieważ sztuka jest z dużą obsadą, chyba z 40 osób, trzeba było sięgnąć po pomoc, a to do szpitala w Toruniu, a to do szpitala Nr 1 im. Mikołaja Kopernika.

 

W ramach usług wzajemnych zwerbowali znanego i świetnego warszawskiego reżysera, pana Macieja Englerta, który przy okazji załatwił im scenę w Teatrze Współczesnym i samego Zygmunta Koniecznego, który skomponował muzykę. Scenografowi Marcinowi Stajewskiemu lekarze z Leśnej Góry musieli podpaść (pewnie za jakiś błąd lekarski), bo scena w niczym nie przypominała komnat pałacowych króla duńskiego. Raczej kazamaty, piwnice i lochy. Ale nie czepiajmy się, w końcu człowiek ma prawo do rewanżu za wycięcie mu widomej zamiast ślepej kiszki. Coś mi się wydaje, że podobnie było z prądem, bo ciemno było na scenie i tylko niektóre żarówki się świeciły. Może teatr rachunku za prąd nie zapłacił.

 

Teraz obsada: Doktor Adam Pawica załatwił sobie rolę duńskiego króla Klaudiusza, a za żonę pojął atrakcyjną i młodziutką doktor Wiktorię Consalidę. Ja mu się nie dziwię, tylko dlaczego nie wziął pod uwagę, że ta 30 letnia pani doktor ma już 36 letniego syna? Pewnie medycyna zna takie przypadki.

 

Nie bardzo też rozumiem dlaczego do roli księcia duńskiego, Hamleta nie wzięto jakiegoś młodego lekarza, na przykład doktora Zapałę, a sięgnięto po znanego kucharza, Jerzego Knappe? Może catering zawalił, a nie chcieli ciągle jeść pizzy? Zawsze co swoje jedzenie, to swoje, a szef kuchni wydał nawet książkę o tym jak należy gotować zdrowo. Ażeby mieć stosowne poparcie „na górze”, szambelana Poloniusza zagrał sandomierski biskup, a jego córkę (tak, tak) śliczna pacjentka Sandra Barska.

 

Dziwi mnie też trochę, że dyrektor szpitala, pan Stefan Tretter zgodził się grać dworzanina doktora Pawicy, a ordynator szpitala nr 1, nawet grabarza.

 

Niestety, magazynier od strojów w Teatrze Współczesnym pewnie jest na zwolnieniu lekarskim, bo aktorzy musieli grać w swoich ciuchach. Mogli się trochę przyłożyć, a nie ubierać się na czarno. To pewnie dla kontrastu do szpitalnych kitlów. Jedynie pani doktor Consalida znalazła jakąś suknię babci z jej lat młodzieńczych, a pani Barska postanowiła grać w samej halce.

 

 

A teraz nieco bardziej serio. Teatr Współczesny, od lat mój ulubiony i uczęszczany, targnął się na klasyczną klasykę (bardziej klasycznej już być nie może) bo na samego Shakespeare. Ale jak się ma taki skład aktorów, to można się targać. Dla zasady chciałbym się do czegoś przyczepić, ale nie mogę.  Hamleta (jako sztukę) nie jest grać łatwo. Niesie w sobie taki ładunek emocji, że każdy z aktorów musi wspiąć się na wyżyny swojego talentu i doświadczenia scenicznego. Wspięli się. Hamleta (jako postać) grać jeszcze trudniej i obawiałem się, czy pan Szyc da sobie radę. Dał. Co prawda z początku wydawało mi się, że gra zbyt współcześnie, za mało teatralnie, jak wielu jego poprzedników, ale szybko zweryfikowałem swoją ocenę. W tej inscenizacji tak było trzeba. Jest świetny.

 

No cóż, gdyby ktoś mnie zapytał : „Być, albo nie być” w Teatrze Współczesnym na „Hamlecie”, odpowiem: Być, być i jeszcze raz być. „Reszta jest milczeniem”.


Podziel się
oceń
0
2

komentarze (24) | dodaj komentarz

BOLEŚNI KŁAMCY

piątek, 25 stycznia 2013 14:30

BOLEŚNI KŁAMCY

 

Czy zastanawiałeś się kto na całym świecie, w Twoim kraju, mieście, wsi jest największym bolesnym kłamcą? Wiem o kim myślisz, ale się mylisz. Nie, nie jest to nikt na literę „P”. Oświadczam, że nie mam na myśli naszego Pana Premiera, Prezydenta, żadnego z Parlamentariuszy, Proboszczów, Przewodniczących, Prezesów, Partyjniaków wszystkich legalnych i nielegalnych partii (ale się tego nazbierało).  Nie jest to również nikt na „J”, „K”, „T”, „M” i prawie cała reszta alfabetu. Co prawda niejeden na te wykluczone litery to kłamca nawet przez duże „K”, ale czy bolesny? Co najwyżej jego samego boli, że wszyscy wiedzą, że kłamie i nikt nie traktuje go poważnie. Wróćmy jednak do alfabetu. Wyjątkiem w nim jest litera „D”.

 

Kiedy tylko wejdę do jego gabinetu od razu, spoglądając na niego, zastanawiam się ile razy mnie dzisiaj boleśnie okłamie? Nie wiem, czy ich na studiach tego uczą, czy co? Bo to nie tylko ten jeden, ale każdy, u którego złożyłem wizytę, a zdarzało się to wiele razy,  boleśnie mnie okłamywał.

 

Siedzisz w fotelu i jesteś całkowicie zdany na swojego „oprawcę”. Nie dość, że nie możesz się ruszać, to jeszcze nie wolno ci nic powiedzieć, poskarżyć się. Spróbuj powiedzieć słowo z kupą świszczącego żelastwa w ustach. Niczego bardziej nie pragniesz niż usłyszeć: „Jeszcze tylko raz”, albo „to już ostatni raz”.

 

Nigdy, przenigdy żaden „oprawca” nie powiedział w tym momencie prawdy. Zawsze było jeszcze raz, potem jeszcze i jeszcze. A Tobie ten świst przeszywał czaszkę, cierpła żuchwa i myślałeś, że to nigdy się nie skończy.  Cały świat przysłaniała ci twarz tego, kto cię tak boleśnie okłamywał. Jakoś lżej było, gdy była to twarz ślicznej kobiety, ale i wtedy obiecywałeś sobie, że już zawsze będziesz mył zęby po każdym posiłku. I to też zawsze okazywało się kłamstwem i w końcu i tak lądowałeś na fotelu dentystycznym.


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (23) | dodaj komentarz

WESOŁY ŚWIĄD

poniedziałek, 24 grudnia 2012 12:32

WESOŁY ŚWIĄD

 

Święta, święta. Lubię ten czas, chociaż znam takich, którzy nie znoszą. Kolejki, tłok, pośpiech, zamęt, rozpalone głowy, podniesione głosy. Pewna pani redaktor z Wysokich Obcasów każdego roku zastanawiała się, skąd w tym okresie bierze się tylu ludzi, tyle samochodów? Mnożą się, czy co? Wygląda na to, że wszędzie jest nas dwa razy więcej.

 

A ja to lubię. Ten specyficzny nastrój oczekiwania na jeden jedyny wieczór, kiedy nagle cały pośpiech ustaje, gwar cichnie, ulice pustoszeją, sklepy, jeszcze chwile temu pełne podnieconego tłumu, stoją puste. Czasem tylko zaśnieżoną ulicą przemknie pojedynczy samochód, spóźniony przechodzień czy samotny tramwaj.

Wszyscy wtedy siadamy do stołów, odświętnie ubrani, uśmiechnięci, życzliwi, dzieląc się opłatkiem, składamy sobie życzenia Wesołych Świąt.

 

A’propos życzeń. Wszędzie, w radiu, telewizji, prasie słyszymy i czytamy życzenia. Wszyscy życzą nam Wesołych Świąt. Ale na te życzenia trzeba uważać i nie dziękować zbyt pochopnie. No bo jak podziękować, kiedy z radia jedna z powszechnie znanych kas, ustami lektora życzy nam „WESOŁY ŚWIĄD”. Ubawiłem się, bo co świąd ma do świąt i to jeszcze ten świąd ma być wesoły. Gdyby pan lektor miał świąd, z pewnością nie byłby taki wesoły.

 

No, ale cóż czas jest magiczny, zatem

 

Z OKAZJI WZRUSZAJĄCYCH PRZEPIEKNYCH, GDZIENIEGDZIE BIAŁYCH ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA, Z WDZIĘCZNOŚCI ZA PRZEŻYCIE KOŃCA ŚWIATA, WSZYSTKIM, KTÓRZY TRAFIĄ NA MÓJ BLOOG ŻYCZĘ POGODY DUCHA I RADOSNEGO PATRZENIA NA TEN URATOWANY ŚWIAT. DO TEGO, W CHARAKTERZE PREMII DODAM ŻYCZENIE CHOĆ JEDNEGO MAŁEGO POWODU KAŻDEGO DNIA W 2013 ROKU, ŻEBY POCZUĆ SIĘ SZCZĘŚLIWYM I MÓC SZCZERZE SIĘ UŚMIECHNĄĆ.

 


Podziel się
oceń
1
1

komentarze (30) | dodaj komentarz

ZABIJ MRÓWKĘ

piątek, 21 grudnia 2012 23:10

ZABIJ MRÓWKĘ

 

Prezenty, prezenty, prezenty. Nadszedł czas, kiedy wszyscy, a szczególnie rodzice dostają hopla na punkcie kupowania prezentów. Na wyprzódki, na wyścigi, za ostatni grosz, za zastaw się a postaw się, za chwilówki, kredyty i ostatni grosz z pończochy. Nieważne co będzie potem, kto będzie spłacał te wszystkie pożyczki. Ważne, żeby pod choineczką nasze ukochane dziecko znalazło wymarzoną zabaweczkę. To nic, że po pięciu minutach kolejna, stotrzydziestaszósta lalka wyląduje w kącie obok siedemdziesiątegotrzeciego misia i pięćdziesiątegodrugiego samochodzika. Ważne, żeby dziecko z wypiekami na twarzy otwierało pudełko, rozrywało kolorowy papier i wsuwało z niecierpliwością małą rączkę w czeluść opakowania.

 

Wcale się nie wyśmiewam i nie krytykuję. Zawsze tak było. Ja też kiedyś byłem dzieckiem (naprawdę) i wiem, co to jest, kiedy czeka się na pierwszą gwiazdkę. W tamtych czasach rodzice mieli problemy z kupnem prezentu pod choinkę małym dzieciom. Niewiele tego było i jakieś siermiężne. Zresztą często dzieci same wymyślały sobie zabawki. Patyk był kierownicą, szablą, szpadą, karabinem. Ze starego kółka od wózka świetnie robiło się samochód. Szpulki na nici były czołgami i traktorami, które poruszały się dzięki skręconej gumce i sprytnie umieszczonej zapałce. Guziki z powtykanymi zapałkami tworzyły całe armie, które staczały wielkie bitwy o jakich wszyscy Napoleonowie, Aleksandrowie Wielcy i Janowie Trzeci Sobiescy mogli tylko marzyć. No ale jak dać dziecku pod choinkę patyk, stare kółko, czy guzik? Toteż kupowało się drewniane klocki, samochody, a dziewczynkom lalki. A i tak uciechy było co niemiara.

 

Dzisiejsi rodzice wcale nie mają lżej. No bo co kupić kilkulatkowi, skoro on ma i konsolę do gier i laptopa i aparat fotograficzny, rower i quada? Byle piłką się nie zadowoli i może jeszcze rzucić w twarz, że rodzice go nie kochają, skoro takie mizerne prezenty pod choinkę położyli. Jakoś jednak dają radę, tyle że wymaga to dobrego główkowania i jeszcze większych pieniędzy.

 

Stałem wczoraj w kolejce na poczcie, żeby jeszcze przed końcem świata wysłać kartki świąteczne. Przede mną mama z dwulatkiem (!) w wózku. Dziecko kręci się, popłakuje. Mama wyjmuje smartfona, ustawia grę i daje dziecku z instrukcją: Tylko pamiętaj, zabijasz tylko mrówki. Osy nie ruszaj, bo ona cię ukłuje.

 

I zaczęło się. Mama tak się zaangażowała w grę, że co chwile krzyczała: no zabij mrówkę, zabij mrówkę! O szkoda, nie uważałeś osy, masz jeszcze tylko dwa życia.

 

Od komentarza się uchylę.

 


Podziel się
oceń
0
2

komentarze (19) | dodaj komentarz

czwartek, 24 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  98 642  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O mnie

Gdy dojrzały człowiek, w pełni sił twórczych nagle odstawiony jest na boczny tor, bo dożył wieku emerytalnego, musi coś ze sobą zrobić. Najgorzej, że ja lubiłem swoją pracę, lubiłem ludzi, z którymi pracowałem - niektórych nawet bardzo. Miałem fajnych i mądrych szefów. Tak, tak, może trudno w to uwierzyć, ale ja już nie muszę im kadzić, ani starać się o ich względy. Mogę już o nich mówić prawdę. Mam parę przemyśleń, czasem chcę się podzielić swoimi uwagami i refleksjami i gdzie mam to zrobić? Szczęśliwie jest bloog. Witam zatem na moim blogu. Dlaczego taka nazwa? Kookaburra to piekny ptak, który towarzyszył mi w podróży po Australii. Opisałem go w książce "Wielka wyprawa Australia 2010". A wygląd bloga wziął się stąd, że w młodości zawsze marzyłem o deskach scenicznych, ale na szczęście (dla tych desek) nic z tego nie wyszło, a obraz ukazuje piękną kujawską drogę wśród zbóż niedaleko wsi skąd pochodzę. Droga nazywa się "Pińćkolon". Kto wie, co to znaczy i skąd taka nazwa?

O moim bloogu

Motto: "DOLCE VITA EMERYTA"

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 98642

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Sport

Pytamy.pl